RECENZJA: WARSZAWA

elo tu ja
Chciałam dzisiaj zrecenzować dla Was Warszawę.
Otóż miasto to urzekło mnie już za młodu. Miałam okazję względnie często tutaj bywać, jako że znacząca część mojej rodziny osiadła właśnie w stolicy. Sentyment tym spowodowany owocował w ciągu lat mego dorastania w niesamowite uwielbienie do tego miasta.
Im dłużej jestem w Warszawie, tym mniej chce mi się wracać do domu.
Ta tęsknota pewnie byłaby mniejsza, gdybym mieszkała w miejscu bardziej porównywalnym do chociażby miasta, ale jest jak jest.
Mimo, że lubię spokój wsi, zawsze z utęsknieniem spoglądam w stronę wielkich miast pełnych tłumów ludzi w pośpiechu.
Właśnie, ludzie.
Mieszkańcy Warszawy mają "coś swojego", coś, co pozwala ich wyodrębnić na tle innych ludzi. Ciężko bliżej określić co to takiego może być, ponieważ, za co również doceniłam to miasto, ludzie są kompletnie od siebie różni.
Stoją z papierosem pod Złotymi Tarasami spotkałam chłopaka. Dosyć wysoki, o ciemnej karnacji, miał na sobie okulary, koszulę w kratę i ciemne dżinsy. Zapytał mnie, czy wiem z którego konkretnie przystanku odjeżdża jakiś tam autobus. Nie mogłam pomóc, za co przeprosiłam, na co on odpowiedział zagubionym uśmiechem, oczy świeciły mu niepewnością, a zarazem nadzieją. Może troszkę przesadzam, mam na myśli to, że widziałam, że ten chłopak, tak jak ja, poszukuję tutaj marzeń, dokładniej ich spełnienia.
Pięć minut później siedziałam w autobusie kierując się do mieszkania mojej kuzynki, gdy wsiadł do niego mężczyzna (był troszkę starszy ode mnie) o niemal identycznej stylizacji co uprzednio przeproszony przeze mnie młodzieniec. Od niego jednak biła już pewność siebie, pycha wręcz, rozmawiał przez telefon, wywnioskowałam z rozmowy że załatwia jakieś sprawy, pewnie biznesowe. Tu w Warszawie każdy ma jakieś sprawy biznesowe.
Przechadzając się wokół Pałacu Kultury, czułam się jak malutki, niepotrzebny pomiot. Wszyscy napotkani przeze mnie ludzie bowiem zdawali się załatwiać "coś ważnego", mieć konkretny cel podróży, po tym konkretnym chodniku, w tym konkretnym stroju, o tej konkretnej godzinie. Mi póki co tego skonkretyzowania brakuje, ale pracuję nad tym.
Gdy ostatnio tutaj byłam, przydarzyła mi się jedna rzecz, która zapadła mi w pamięć do dziś, i pewnie długo jeszcze w niej pozostanie. Otóż jechałam tramwajem, słuchałam muzyki i wpatrywałam się w widok za oknem. Siedziałam zaraz przy wejściu, więc gdy obróciłam się o spostrzegłam, że stoi nade mną starsza Pani, która wyglądała jak definicja starszej Pani, wstałam, aby ustąpić jej miejsca. Ona jednak odmówiła radośnie mówiąc że "na dwa przystanki to jej się nawet nie opłaca rozsiadać", po czym podziękowała, bo, jak uznała, nie zawsze spotyka się z taką reakcją. Na następnym przystanku wsiadł akordeonista. Zaczął grać, a Starsza Pani zagaiła do mnie opowiadając mi historię przyśpiewki granej przez zgarbionego mężczyznę. Chcąc podtrzymać konwersację powiedziałam, że fajną inicjatywą jest sam fakt takiej gry w tramwaju, bo spotkałam się z czymś takim w sumie pierwszy raz. Gdy wspomniałam, że jestem nietutejsza, Starsza Pani rzekła, cytuję:
"A, to dlatego jest Pani taka miła!"
Miła czy niemiła, stereotyp Warszawiaka-buca jakoś do mnie nie przemawia. Może nie tyle nie przemawia, bo zdaję sobie sprawę z tego, jak jest, wiem jak wyglądają realia, ale jakby to ująć.. kompletnie mi to nie przeszkadza.
Chciałabym być takim bucem jak młody, szczęśliwy Warszawiak.
Chciałabym mieć taki tupet jak młody, szczęśliwy Warszawiak.
Chciałabym być tak niemiła jak młody, szczęśliwy Warszawiak.
.
.
.
.
.
.
Idę zapalić.

Komentarze